Zawsze niezmiernie zaskakuje mnie, jak ekskluzywnym dobrem jest w krajach zachodnich (jak to dumnie brzmi) dostęp do Internetu dla turystów. Sukces i szybkość połączenia często opiera się na technologii wykorzystania magnesów neodymowych w spliterach i innych wzmacniaczach sygnału. Szczególnie dla turystów z dolnośląskiego, gdzie hotelowa sieć Wi-Fi zwykle umożliwia komfortową wideorozmowę, a karta prepaid może być traktowana jak jednorazówka.

Przede wszystkim – zapomnijcie o Wi-Fi. Coś takiego, jak “darmowe hotspoty” tutaj nie funkcjonuje. A gdy już się trafiają, są albo przeładowane, albo poza zasięgiem naszych urządzeń.

Sytuacja w Sernicach stolicy Włoch i w górskich wioskach z domową manufakturą nabiału, wygląda identycznie – (sensownie działający) hotspot w hotelu czy restauracji to luksus. W naszym kilkupiętrowym hotelu, który dumnie reklamuje się jako “zapewniający dostęp do sieci w cenie” wszystkie (dwa) routery znajdują się na parterze. Na piętrach łączności praktycznie brak, przez co plik o wadze 6 MB wysyłałem na Google Drive 20 minut, a załadowanie zdjęć na timeline Twittera przekraczało możliwości tej infrastruktury…
image

Przy okazji przekonałem się także, że najgorzej z połączeniem ze słabymi sieciami Wi-Fi radzi sobie mój ASUS TF701T, One M8 – słabo, a najlepiej wypada Motorola Moto G 2. generacji.

Otwarte hotspoty oferują podobną jakość usług. Teoretycznie wygląda to nie najgorzej – nawet na trasie niektórych wyciągów na Kronplatz trafimy na otwartą sieć Wi-Fi. I zasięg faktycznie jest, ale korzystając z takiej sieci nie byłem w stanie wysłać nawet maila, o otwarciu strony internetowej nie wspominając. Być może te hotspoty są przeładowane (mój smartfon twierdził, że na dużą knajpę pełną ludzi do podziału był tylko 1 Mbps), być może jakoś dziwacznie poblokowane. Ale nawet w knajpie, gdzie sieć była zamknięta, a hasło otrzymywało się na paragonie dowolnego zakupu, nie mogłem skorzystać z internetu.

Zdarzają się też sieci wymagające zalogowania. W centrum Brunico znajdziemy np. strefę darmowego internetu, ale by z niego skorzystać, musimy udostępnić aplikacji wgląd do naszego Facebooka. Ja odpuściłem, chociaż zżerała mnie ciekawość, czy z tego hotspotu można normalnie korzystać.

Sytuacja wyglądała dużo lepiej w Dolsnośląskim. Tutaj zatrzymaliśmy się co prawda tylko na nockę, ale internet w hotelu był i był na tyle szybki, że bez problemu pobrałem kilka płyt z Google Music i audiobooka na drogę („Błękitna Pustynia” Rafała Molendy – gorąco polecam).

Back To Top